na sześć miesięcy raz

napisać coś tu czas. by nikt nie zechciał zamknąć tego miejsca mi.

kurtyna!

Opublikowano Bez kategorii, ogólne | Otagowano | Skomentuj

po – ostatni

I stało się.

Jestem teraz pod adresem: kasz.jedrzejewscy.pl

Zapraszam serdecznie i dziękuję za każdą chwilę tutaj!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

ostatni

Stało się, przenosimy się. Na razie póki co stąd na własną domenę i prywatną stronę/bloga, ale i tak, jest to wydarzenie w moim życiu porównywalne z wyprowadzką z domu niemalże! Póki co staram się ogarnać wordpressa na tyle, żeby jakoś to wyglądało, obawiam się jednak, że w tej kwestii bez pomocy męża się nie obejdzie – najgorsze jest to, że nie do końca mam pomysł na nowy look swojego miejsca w sieci, no nie chciałabym, żeby było za grzecznie, ale i zbyt dziarsko też być nie może, bo tego nie ogarnę ani ja, ani nikt.

W każdym razie żegnam się z Kasztanową Dziewczyną, ostatecznie nie jestem, nie czuję się dziewczęciem już od lat kilku przynajmniej. Coś tam jednak zostanie, Kasz jako subname przyrosło do mnie w sieci nierozerwalnie – używam tego nicku/a tak długo jak mam bloga, czyli będzie kilkanaście lat! Pozostaje jeszcze kwestia archiwów – zostawić tu, przenosić tam – jeszcze nie zdecydowałam, ale na pewno będzie to mrówcza robota – o ile oczywiście genialny mąż czegoś nie wymyśli, a muszę przyznać, że przebłyski tomu się zdarzają :P

Tak poza tym? Trzy tygodnie mężowego urlopu minęły szybko i aktywnie – remontowo, spacerowo, świątecznie i w ogóle dużo się działo poza siecią. Dla mnie ten odwyk był fajny o tyle, że jak później znów zasiadłam przed klawiaturą, to nagle odkryłam, że po 5 minutach nie mam tu (w sieci) co robić. Że real life jest o tyle fajniejsze, że szkoda czasu na język binarny  :P Niestety w swoich poglądach jestem odosobniona, niektórzy bez jednej ręki na myszce a drugiej na klawiszach po prostu żyć nie mogą – co zrobię, nic nie zrobię… Agaton miewa się znakomicie, do jego diety wprowadzony został nabiał z pewną dozą nieśmiałości i obawy, ale zupełnie bezpodstawnie! A jakie bąki po kefirze i świeżym koperku! :P I gdyby jeszcze noce przesypiał, ale! nie można mieć wszystkiego, a zaraz i tak wstanie i pójdzie i nie będzie się chciał do mamy przytulać, więc póki teraz chce, korzystam ;)

Chyba nie tak do końca wyobrażałam sobie ostatni wpis w tym miejscu, kto wie, może jeszcze zrobię jakiś poostani, podsumowujący? Kto wie, kto wie…

Tymczasem – żegnaj Kasztanowa Dziewczyno, witaj Kasz! :)

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

mój blog – moje ego

Kilka dni mnie nie było, ale o tym może innym razem. Jak nie pisałam tutaj, to czytałam gdzie indziej. Wiecie, blogi roku były, a mnie co roku bardzo kręci, żeby poznać jakoś pisaninę tych, co wygrali, żeby sobie pomyśleć, czy dobrze wybrano, czy źle… Tylko pomyśleć rzecz jasna, bo do własnej opinii ciągle jeszcze mam prawo i tego się trzymać będę. Więc zaczytałam się i tak od słowa do słowa, a właściwie od bloga do bloga wpadłam na kilka takich stron ty-po-wo, że tak powiem parentingowo-lajfstajlowych (jakby nie było na to polskiego określenia… Jezusie, przecież język angielski jest taki ubogi! Jak już równać, to do lepszych!) i nagle się okazało, że ja też tworzę tutaj coś w tym guście. Może bardziej parenting niż lajfstajl mi wychodzi, ale jednak. I szok. Bo ja się zaszufladkować nie dam! Nie chcę się dać! Ratujcie! Jaki tam ze mnie parenting, ledwo od 10 miesięcy jestem matką, to za duże słowa!

Ale poważnie. Jedne blogi podobały mi się bardziej, drugie mniej, druga refleksja po powyższej dotyczyła tego, że ja chyba gdzieś tę swoją iskrę Bożą pochowałam, bo jednak piszę słabiej niż taka/siaka/owaka i generalnie całe to moje pisanie psu na budę. Więc się pisać odechciało i tylko sobie czytałam. I czytałam, i czytałam. A czytając malałam, robiłam się taka malutka pod przeogromnym ciężarem ego blogowicza każdego jednego… I tak mnie naszło, że po co oni piszą, po co ja piszę? Po to ego właśnie. Żeby zaspokoić głód jego, tego ego. A ego ma głód niezaspokajalny, powiedzmy, że wprost proporcjonalny do ilości komentarzy na przykład, choć nie tylko. Wy mi dwadzieścia, ja wam trzydzieści, bo skoro jest dwadzieścia osób, którym się podobało, to i kolejne dziesięć się znajdzie i złapie i zalajkuje (znowu piękne słowo). Więc tak trochę mnie to zniechęciło, ta samoegonapędzająca się machina pochlebstw i słitkomci (o genezie tego słowa niech się wypowiedzą mądrzejsi ode mnie, ja tylko cytuję :P), słów, które piszę się tylko po to, żeby były, słów, które nic nie znaczą, a tylko za zadanie mają łechtać – to ego właśnie.

Bo dopóki blog jest pamiętnikiem/dziennikiem dla samego tylko dziejopisarstwa i własnej refleksji, to jeszcze spoko. Ale jak już piszemy „wspomnienia” pod publiczkę, to tu już ego kurwić się zaczyna i generalnie granica jest śliska. A może nie jest śliska, a ja się tylko czepiam? Niech piszą, co chcą, ja też mogę i nikt nie broni przecież. Tylko to skupienie na ja-czyli ego – ma się czasem wrażenie, że cały internet to portrety milionów takich „ja”, tysiące światów, miliardy rzeczywistości – jedne pisane ładnie, inne mniej. Czy jest w tym wszystkim coś na tyle uniwersalnego, żeby się ostać w czasie?

No takie mam jazdy ostatnio, co zrobię, nic nie zrobię.

***

Tymczasem w marcu… do połowy szło gładko, a potem się zawaliło, żeby nie powiedzieć, że zjebało. Wszystko wina urodzin ojca i mojego podświadomego, instynktownego „pędu ku rodzicielskiej lodówce” w której zawsze, ale to zawsze czeka na mnie coś, na co mogę i najczęściej mam ochotę. Więc dieta, która tak pięknie się ustabilizowała, poleciała na łeb na szyję, cukier skoczył, kilogramy stanęły, a nawet nieco ruszył w górę. Skutek – dół osobisty, zajadany niestety (znowu…) i generalnie jestem tam, gdzie  byłam 1 marca – mimo tony wylanego potu i w ogóle rewelacyjnej jazdy, jeśli idzie o cele pozostałe. Jestem na siebie tak zła o to, że aż się każę i nic z tym nie robię. Taka jestem zajebista… Nie ma jednak tego złego, mam ja ci w zanadrzu doskonały plan – bo plany, jak już wiemy, to jest coś co Kasz potrafi robić. Gorzej z realizacją, ale kto by się czepiał. Nie ego przecież.

Opublikowano kącik (auto)terapii, prywata, rozwój osobisty, życie codzienne | Otagowano , , , , , , , | 4 komentarzy

re-socjalizacji część enta – The Other Mother

Zawsze mnie to zastanawiało, w ciąży nawet  dziwiło, ten specyficzny dialog, który toczyć się może tylko i wyłącznie między dwiema kobietami w podobnej sytuacji, w podobnym momencie życiowym – mianowicie w początkach macierzyństwa stosowanego. Dzisiaj stałam się na moment podmiotem w takiej właśnie dyskusji i z podziwu wyjść nie mogę, do teraz.

Warunki pogodowo-lokalowe: obojętne, nada się absolutnie każde miejsce i czas;

Osoby: Matka1 i Matka2, obie, (to warunek konieczny!) z potomstwem w podobnym wieku – co ciekawe wiek matek, albo np. różnica w wieku matek, tak samo jak status społeczny i inne tego typu socjologiczne pierdoły, nie ma znaczenia najmniejszego.

Sytuacja 1: Jadę z Agatonem na rehabilitację, już na przystanku widzę, że pojedziemy autobusem razem z szeroko pojętą sąsiadką – dziewczyna w moim wieku, różnica między nami polega na tym, że ona ma trójkę dzieci, z tego najmłodsze nieco młodsze od Agatona, a ja debiutuję. Wiadomo, komunikacja miejska to osobny problem, a tu jeszcze trzeba zadbać o logistykę wnętrza pojazdu – czyli jak tu zmieścić dwa wózki, a do tego opanować dwójkę niemobilnych i dwójkę mobilnych dzieci, a do tego skasować bilet. Młoda matka może wszystko, więc logistyka zostaje ujarzmiona możliwie szybko i tak sobie zaglądamy przez ramię do wózków nawzwajem. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że dobrze by się było odezwać, pewnie i tak będziemy się widywały nieco częściej. Więc zagaduję, jak to te dzieci szybko rosną i… nagle lawina pytań. Ile ma? Ile waży? Jak ma na imię? Siedzi już? Noce przesypia? Pierś je? Kaszke lubi? itp. idt., na całe szczęście jechałam tylko trzy przystanki więc szybko się rozmowa urwała…

Sytuacja 2: Chwilę później, już w ośrodku, czekamy na swoją kolej i spotykamy dwie mamy z dwójką dzieci. Rozmowa, z początku ostrożna, już po chwili nabiera tempa – w podobnych, co autobusowe kwestiach rzecz jasna. Ja biorę w niej udział tylko przez moment, bo kiedy okazuje się, że Agaton z całej trójki najstarszy, to zostaję wypchnięta poza nawias konswersacji, nie pozostaje mi nic, jak słuchać i grzecznie potakiwać. I, jak już mówiłam, wyjść z podziwu nie mogę, głównie nad tym, jak to dwie, zupełnie sobie obce osoby, są w stanie wypytać się nawzajem o tyle ostatecznie intymnych i osobistych kwestii! Ale żeby na siatkach centylowych się skończyło! Kiedy temat wzrostu/wagi/jedzenia/spania się wyczerpał, mamy sięgnęły głębiej – a nuż się przerzucać nazwami specjalistów i schorzeń, na które ich biedactwa zdążyły w ciągu pół roku zapaść lub zaniemóc. A zaraz potem poszła kwestia wagi samych mam – ile przed ciążą, ile w ciąży, ile po ciąży – jestem pewna, że gdyby miejsce było nieco bardziej ustronne, zaraz by poszły zawody na najładniejszą bliznę po cesarce lub najpiękniejszego rozstępa (względnie najpiękniejszy rozstęp).

Pożegnałam się grzecznie i ustawiłam w kolejce na salę. Rozstępów mam cały brzuch, bliznę po cc ogromną, a kilogramy nie chcą znikać tak szybko jak się pojawiały. Tylko, że jakoś nie mam ochoty o tym trąbić na lewo i prawo -nie mam, a jednak to napisałam.  I własnie, czy taki blog jak ten i tysiące mu podobnych, nie jest jakąś formą ekshibicjonizmu stosowanego w tym konkretnym zakresie?

Nie mam puenty, myślę nad nią cały czas.

Opublikowano Agatonowo, Bez kategorii, kącik (auto)terapii, prywata, uroki macierzyństwa, życie codzienne | Otagowano , , , , | 8 komentarzy

Mama Dziewiareczka, czyli rzecz o trzech zogówkach

Co to są zogówki? Zależy. Głównie od miejscowości, w której użyjemy tego słowa, ale o tym to ja się dowiedziałam dopiero wczoraj, a jednak trochę już na tym świecie żyję. Otóż wedle mojej wiedzy nabytej zogówek to poszewka na poduszkę. Okazuje się jednak, że niecałe 20 km od miejsca, w którym ja używałam onegdaj tego słowa, zogówek oznacza całą poduszkę, nie tylko poszewkę! I bądź tu mądry, człowieku, i znajomością gwary się chwal…

W każdym razie, jako że ostatnia akcja drutkowania (2 szaliki+rękawiczki+skarpetka, pamiętacie?) kosztowała mnie dużo nerwów i nieco zdrowia, postanowiłam raz jeden jedyny poskromić ambicję własną i zwrócić się z prośbą o pomoc do kogoś, kto się na robocie zna, talenta posiada (niezliczone, dodajmy!) i w ogóle, pomoże spełnić moje marzenie bez narzekania, za to z przyjemnością śmigając i operując nie zawsze tylko dwoma drutkami i nie zawsze tylko włóczką lub wełną. Bo widzicie, I have a dream, jak śpiewała Abba, miałam ja wizję trzech zogówków właśnie, obleczonych w poszewki zrobione (niekoniecznie własnoręcznie) na drutkach właśnie, w trzech, dominujących w naszej sypialni kolorach – białym, czarnym i szarym właśnie. I dream ten zrealizować chciałam pierwotnie sama, ale teraz już wiem, że albo zajęłoby mi to mnóstwo czasu – po roku na zogówek pewnie – albo nie zrobiłabym tego w ogóle, na marzeniach poprzestając. Na całe szczęście znam Kasię, czyli Mamę Dziewiareczkę właśnie, która takie cuda i cudeńka robi od ręki! No bo sami spójrzcie – wystarczyło w prostych, żołnierskich słowach wytłumaczyć (dodajmy, że przez telefon!) o co mi mniej więcej chodzi, a już po kilku dniach przyszła do mnie przesyłka z marzeniem spełnionym pod postacią trzech, idealnie takich, jak chciałam, zogówków! Katarzyna jest jedną z tych nielicznych osób, które potrafią tworzyć i to tworzyć cuda za pomocą własnych rąk. Zawsze jej tego zazdrościłam, co tu kryć, dziewczyna ma to coś, tak od ręki (i rękoma!) realizować marzenia własne i nie tylko… Cóż, przede mną długa droga, ale wiem, że jeśli będę miała ochotę na skróty, Mama Dziewiareczka z przyjemnością mi pomoże ;) I pewnie nie tylko w kwestii zogówków, bo z tego co wiem, zakres jej działania jest tak szeroki jak stąd do nieskończoności, albo inaczej z Piekar do Jaworzna :P

Mała galeria zogówkowa:

A tu kontakta, gdyby ktoś chciał skorzystać:
Mama Dziewiareczka – Rękodzieło użytkowe – Katarzyna Gross

gross.katarzyna@gmail.com

facebook.com/mama.dziewiareczka

Opublikowano ogólne, prywata | Otagowano , | 4 komentarzy

25,936,02

Taaa. Stało się, kwota została określona. Postanowiłam ją sobie zapisać, żeby na zawsze zapamiętać. Jest to bowiem kwota, jedna z tych pierwszych w drodze do Samodzielności, powiedzmy. A może bardziej Samorządności? Wczoraj się trochę podłamałam, ale dziś sobie myślę, że jest dobrze, głównie dlatego, że jesteśmy na to gotowi. Czy jesteśmy również gotowi na to, co kryje się za drzwiami z tą liczbą, tego jeszcze nie wiem. Ale pozytywne nastawienie mnie nie opuszcza, nie powinno opuszczać również i Was! :)

Zmieniam temat – czy ja w ostatniej notce mówiłam coś o 3 zębach syna mego? Otóż zapomnijcie, dziś jest ich już… 5! Czyste szaleństwo! Kupy, jedna za drugą, śmierdzą/smrodzą prawie wylewają się z pieluchy (kontystencja dobrego chilli :P), ślinotok powoduje, że materiał genetyczny Agatona można znaleźć WSZĘDZIE, a nocny maruder to drugie imię mojego dziecia. Co zrobię, nic nie zrobię, przeczekam i będzie ok! Na szczęście dziś już ładna pogoda, więc spacer w planach jak najbardziej! A o tym, że pełzamy wspominałam? Póki co sprawniej do tyłu niż w przód, ale jednak? A że jogę uprawia mój syn malusi, wyprawiając ze swoim ciałem coraz to dziwniejsze akrobacje? A o tym, że kontrola u neurologa „wykazała”, że konieczne jeszcze dwa miesiące rehabilitacji? No widzicie, ile się dzieje, kiedy ja to mam pisać, ostatecznie kogo poza mną to obchodzi? ;)

Wczoraj biegałam i padało. Było super, a ptaki tak śpiewały, że słyszałam je przez słuchawki i w pewnym momencie zrezygnowałam z muzyki – ostatecznie nie po to wychodzę z domu, żeby się zagłuszać jakimś umcaumca, powietrze, ptaki, droga – to jest to! Zaczynam zauważać jakieś małe efekty mojej pracy nad sobą – biegam swobodnie coraz dłuższe odcinki, szybciej wyrównuję oddech i w ogóle, coraz lepiej się czuję w trakcie i po! Ba, nawet myślę nad zmianą telefonu, żeby lepiej rejestrować trasy i postępy! Ach!

Tak, marzec to ewidentnie miesiąc chwalenia się. Jakoś nie chce mi się narzekać, wiosenne przesilenie to mit, a energii i zapału do pracy mam tyle, że fiufiu! Wszystko, aż do zasrania, idzie po mojej myśli! Pięknie jest! Nieskromnie bardzo jest!

Opublikowano Agatonowo, ogólne, rozwój osobisty, uroki macierzyństwa, życie codzienne | Otagowano , , , , , , , | 6 komentarzy

ząb numer trzy, toddlery i inne stworki

Zastanawiam się, czy zdążę napisać cokolwiek, zanim mały się obudzi. Zgodnie z tym, czego mnie uczy Brian, czas na komputer, to dla mnie jeden z ostatnich czasów na liście rzeczy do zrobienia, kiedy Agaton śpi. Dzięki temu mam w domu czysto, obiad ugotowany, pranie wyprasowane, szkolenie zrobione oraz inne punkty z ToDolisty na dany dzień poodkreślane z niemałą satysfakcją. Tylko właśnie. Na neta czasu nie starcza. Powiem więcej – od dziś jesteśmy z małym praktycznie całymi dniami sami, Tatko w imię wyższych celów musi zostawać w pracy tak długo jak się da… Na szczeście już widać koniec marca a z nim początek urlopu – całe trzy tygodnie razem w perspektywie, fiufiu!

Wczoraj objawiła nam się łaskawie dolna lewa jedyneczka. Górna dwójka pozostała niewzruszona i wychodzi, ale jeszcze nie wyszła – Mały, choć całe trzy dni wichury przesiedział z nami w domu, wczoraj się  gdzieś zawiał i w nocy dostał kataru. Na szczęście póki co leje mu się z noska, gorączka niewielka, więc dajemy radę, paniki brak. Ze spokojem realizuję sobie kolejne punkty planu na marzec i powiem Wam, że jak tak dalej pójdzie, wszystko zostanie skreślone w tym miesiącu. Chyba się wtedy posikam ze szczęścia i dumy! :P

A pisałam już o mojej ukochanej  biblioteczce? Tej wymarzonej, wychuchanej, którą najpierw zaprojektowałam sama, a później musiałam zejść z chmurki marzeń i stoczyć bój o każdy detal z moim kochanym Ślubnym? I kiedy wreszcie nareszcie, metodą podchodów i dobrej kuchni udało mi się go przekonać prawie-do-mojej-wersji i kiedy już, już siadał i zaczynał rozsyłać projekty po pracowniach stolarskich z zapytaniem o wycenę… Stało się! Nasza biblioteczka objawiła się była w najnormalniejszym Jysku! Oczywiście tam nie fuguruje pod pojęciem biblioteczki, dla niektórych to coś w rodzaju mebla ogrodowego, ale to niemal dokładnie to, co sobie zamarzyłam ja a do czego przekonałam Męża! I w dodatku za całkiem rozsądną cenę! Opłacało się nieco pozwlekać i poczekać, aż Wszechświat sam dostosował się do moich marzeń :P To samo było z wiosenno-letnią garderobą mojego synka – już, już zasiadłam przy klawiaturze gotowa wyszukać co piękniejsze okazy na allegro, a tu nie stąd, nie zowąd telefon i nagle w domu pojawiły się dwa wory garderoby dziecięco-chłopięcej w odpowiedniej kolorystyce i rozmiarówce. No jak tu nie wierzyć w Los, Przeznaczenie, Boga po prostu? :)

Co do toddlerów, jestem zła na tego, kto tłumaczył tytuł książki Tracy Hogg – polska wersja Język dwulatka – od razu widać, że była to osoba bezdzietna. Toddler, angielskie słowo określające pełzaczka/chodziaczka, dziecko w wieku mniej więcej od 8 miesięcy do 3 lat, został tutaj zastąpiony bardzo jednoznacznym dwulatkiem… Już widzę miny wszystkich tych rodziców dzieci dwuletnich, którzy po książkę sięgają i stwierdzają, że jakieś półtora roku żyli w niewiedzy i ciemnogrodzie. Na całe szczęście książkę już mam, czytam i zgadzam się. Co do wprowadzania jej ustaleń w życie, też jestem pozytywnie nastawiona. Ciekawe, jak nastawi się na zmiany Agaton ;)

Opublikowano Agatonowo, akurat czytane, uroki macierzyństwa, życie codzienne | Otagowano , , , , , , , , | 3 komentarzy

marzec zęby szczerzy, a dieta się szerzy

Że sparafrazuję klasyka. No nie było czasu na net, nie było. Czas niespędzony tutaj spożytkowałam w inny, w moim przekonaniu produktywny, sposób. A mianowicie – zeszłotygodniowy plan tygodnia, gdyby nie niespodziewane nadgodziny Męża, zostałby wykonany w 130%. A tak, niestety, ucierpiał tak zwany mój czas wolny zarezerwowany między innymi na bieganie… Byłam niepocieszona, tym bardziej, że na mojej trasie zauważyłam ostatnio koleżankę, która w równie czerwonej jak moja koszulce do biegania przemierza kilometry równie jak ja świnskim truchtem… Ale tak jak mówię, pozostałe punkty planu – miodzio! I nawet tacę wyjęłam, umyłam i przygotowałam pod decupage! (Tak, tak Agnieszko, wszystko przez Ciebie ;) ). Okazało się przy okazji, że projekt ten nie będzie taki wymagający, jak na początku zakładałam! Powiem tak – taca wymyta okazała się być piękna sama w sobie, a dodatkowo posiada już na samym środku prześliczny motyw kwiatowy (malowany odręcznie, na moje oko), którego po prostu nie było widać pod brudem (wspominałam już, że tacę uratowałam zeszłej jesieni przed śmiercią na mrozie, biorąc ją po prostu z ogórdka? Wtedy spodobał mi się jej oryginalny, trochę barokowy kształt i tylko tyle – a tu taki prezent :) ). Więc jeśli dobrze pójdzie, cały decupage streści się tylko do zabejcowania i zalakierowania tego co jest. Ale na to muszę mieć chwilę czasu, najlepiej na powietrzu, wiadomo, farby i lakiery przy małym dziecku, to lepiej nie, nie tylko ze względu na specyficzny zapaszek. W każdym razie ruszyłam z tym projektem i to mnie tak nakręciło! Zwłaszcza, kiedy okazało się, że nie taki diabeł straszny!

Dodatkowo od poniedziałku wprowadziłam do mojego menu Metodę Montignac. Nie pierwszy raz, wiem, ale póki co ściśle. Walczę znowu z niskim cukrem, wiem, że to minie, wiem, że już jutro będzie lepiej niż było jeszcze wczoraj. Doszłam do wniosku, że jest to jedyny sposób żywienia, który pozwoli mnie jako mnie zrzucić tyle, ile chcę zrzucić w czasie, jaki sobie na to przeznaczyłam. Dotychczas zawsze było albo dieta, albo sport, i co tu kryć, od początku tego roku było dużo więcej sportu, ale jednak za mało dietowania. A tak, przemęczę ten pierwszy tydzień a potem już będzie kupa energii, magii i tego, co w tym wszystkim najlepsze – radości z jedzenia!

Tyle jeszcze chciałam napisać, ale taka piękna pogoda, że zwyczajnie szkoda mi czasu! Idziem z synem spacerować! On podziwiać, ja się pocić! :D

Opublikowano Agatonowo, prywata, rozwój osobisty | Otagowano , , , | 5 komentarzy

jak to marcem pomidorki zawładnąć chciały

Określenie pomidorków zapożyczone od Agniechy, bardzo mi się spodobało, więc je sobie przyswoiłam.

Marzec to trudny czas, bo motywacja, silna wraz z  początkiem nowego roku, zdążyła ostygnąć, a u niektórych nawet wygasnąć do cna. Wiem co mówie, przerabiałam to co roku. I pomna tych doświadczeń, postanowiłam, chociaż mi się nie chce, że w tym roku będzie inaczej. I stworzę Comiesięczną i będę ćwiczyć i na koniec miesiąca zobaczę w końcu efekty swojej pracy. Tak będzie, wiem o tym! Dodam na początek, że w ramach „nie chce mi się” już od wczoraj znowu jestem zmobilizowana i aktywna – póki co tylko fizycznie i tylko siłą rozpędu, ale to zawsze coś.

MARZEC 2014:

  1. Zrzucam 5 kg ( nie 1, nie 2, nie 3, ale 5 kilogramów!);
  2. Robię decupage tacy pod herbatę;
  3. Wprowadzam w życie Metodę Montignaca
  4. Sport: 2 razy w tygodniu chodzę na fitness, biegam przynajmniej raz w tygodniu, wykonuję 5 treningów z Ewą i 5 treningów jogi w miesiącu, w każdy pogodny dzień idę na spacer z Agatonem, kontynuuję wyzwanie 30days with plank – aż dojdę na spokojnie do 5 minut;
  5. Kończę szkolenie KSSiP i wybieram nowe;
  6. Kończę uzupełnianie Lcz o wszystkie posiadane książki;
  7. Uzupełniam książeczkę zdrowia dziecka o niezapisane wizyty lekarskie, osiągnięcia wiekowe/wagowe/wzrostowe;
  8. Tworzę projekt (z podziałem na zadania i kosztorysem) sprzątania strychu, porządkowania ogrodu, remontu pokoju Agatona;
  9. Tworzę i uzupełniam na bieżąco arkusz Planowanych wydatków;
  10. Tworzę 4 niezależne plany tygodniowe w kategoriach: jedzenie, sprzątanie, czas wolny (week 1 – ; week 2 – ;week 3 – ;week 4 – );

Powiem Wam jeszcze, jak to w lutym było. Znowu nie zrzuciłam pełnej 5 jeśli idzie o kilogramy (urodziny, te sprawy…), znowu nie zrobiłam tacy, choć pomysł, narzędzia i w ogóle wszystko mam – nic, tylko robić!; nie dokończyłam również projektu z Lcz, chociaż zaczęłam i nic prócz lenistwa osobistego nie stało na drodze, żeby to zadanie ukończyć. Za te rzeczy jestem na siebie zła, za inne mam ochotę sobie pogratulować. Jednak zamiast gratulacji stworzyłam kolejną listę i mam nadzieję, że tym razem dam radę zamknąć ją w całości wraz z nadejściem ostatniego dnia tego miesiąca. W ramach „bigger picture” założyłam sobie, że marzec będzie miesiącem intensywnej pracy nad formą własną, za to kwiecień będzie pierwszym miesiącem, w którym będę zastanawiała się, co dalej z życiem zawodowym – w zasadzie już nie zastanawiała się, co trącała ten temat kijem przynajmniej raz dziennie. Jeśli chcę coś do czerwca wymyślić, czas po temu najwyższy!

Tymczasem u nas…

Ząb drugi objawił się w dwa dni po pierwszym – powiem więcej, z tego co widzę, idzie trzeci! Znowu u góry, na dole cisza. Dieta regularnie rozszerzana – w tym tygodniu o kalafior i kaszę gryczaną niepaloną. Agaton poza tym, że ślicznie i na zawołanie robi papa, potrafi również „uczesać” tatę swoją szczotką po kąpieli (ile radochy mu to sprawia!:) ), zaczyna „całować” mamusię w co się da, a także nauczył się „złościć” kiedy coś jest nie po jego myśli – najczęściej, kiedy zabiera mu się jakiś zabawkowy zakazany owoc, np. pilot do telewizora, komórkę albo myszkę od komputera. Od wczoraj nie przecieram już obiadów, tylko rozgniatam z zachowaniem niektórych większych kawałków, w kaszce też zawsze musi być coś do gryzienia, bo inaczej kaszka nie smakuje. Śpimy w ciągu dnia najczęściej dwa razy i najczęściej o stałych porach, wieczorem zasypiamy do 20.00, w nocy nadal budzimy się 2-5 razy, teraz głównie za sprawą ząbków. Ważymy 9.200 kg, mierzymy 80 cm, siedzimy z podporem, nie stajemy na nogach, leżymy na brzuszku coraz chętniej. Chwyt pęsetowy opanowany do perfekcji, za to podciągać się na rękach nadal nie chcemy. Ale pracujemy nad wszystkim sumiennie, razem z mamą, tatą, i dwa razy w tygodniu z panią Małgosią, naszą rehabilitantką. Uff, to chyba tyle wiadomości  frontu, zapisane, aby nie zapomnieć.

Opublikowano Agatonowo, prywata, rozwój osobisty, uroki macierzyństwa | Otagowano , , , , , , | 5 komentarzy