technika małych kroczków…

…czyli jedna rzecz w danym czasie. Zaczęło się od malowania rzęs o 5 rano „dla zasady”, teraz dla tej samej zasady (i w myśl poprzednionotkowego credo) wieczorem, przed snem, regularnie smaruję stopy kremem. Już, już widzę ten dzień w którym wieczorne ablucje będą trwały nieco dłużej niż pięciominutowy prysznic w obojętnie jakiej wodzie, byle mokro było i żel pod prysznic się spłukał. Już widzę tego fryzjera i kolor na moich siwiejących niestety włosach. Ba, już widzę te włosy w kondycji lepszej niż obecnie – a to dłuższe, dużo dłuższe i niewypadające ponad normę. O dniu, który nadchodzisz! Nie spiesz się, albowiem doceniam cię już! ;)

Wczoraj odwiedziła nas koleżanka ze Szkoły Rodzenia, razem ze swoją córeczką, starszą od Agatona* tylko o dwa dni. Nie sądziłam, że ta wizyta będzie dla mnie taka rewolucyjna – pogadałyśmy o tym, o czym tylko dwie młode mamy mogą rozmawiać – o kupach, ulewaniu, nocnych karmieniach i karmieniach w ogóle, o słodkich bezzębnych uśmiechach i pierwszych sylabach wymawianych przez nasze potomstwo. Bez ściemy, wyolbrzymiania problemów i osiągnięć, chwalenia się czy nadmiernego narzekania. Mówiłyśmy, jak jest i samo to mówienie działało jak najlepsza spowiedź i terapia zarazem. Dzieciaki, które z natury empatyczne są, od razu wyczuły, że mamy się wyluzowały i same też były bardzo grzeczne… No po prostu cud, miód i orzeszki. Położyłam się spać tak pozytywnie nastawiona do świata, tak naładowana pozytywną energią – jak chyba jeszcze nigdy od momentu porodu. I pomyśleć, jak niewiele trzeba było. Przy okazji wymyśliłam z 5 tematów na notki – nie, żebym tutaj jakąś masówkę uprawiała, ale zauważyłam, że im częściej piszę, tym więcej jest rzeczy, które chcę opisać – do tego stopnia, że gdyby tylko był czas, pewnie pojawiałoby się tutaj więcej niż jedna notka dziennie. Biorąc pod uwagę frekwencję czytelniczą (czytaj: zerową obecnie :P i dobrze!), nikomu nie zrobiłoby to różnicy, ale nie o czytelnika mi idzie, a o doskonalenie siebie – w tym przypadku o doskonalenie umiejętności nadawania rzeczom słów. Zresztą, o tym doskonaleniu też notka będzie, kto wie, może nawet jutro…

***

Z innej beczki – mąż kupił mi wczoraj kwiat kalafiora, a w środku znalazłam dziś rano żywego motyla. Żółtego takiego. Motyl za okno, a kalafior do zupy. I porządek w naturze zachowany :P

* - postanowiłam na kartach tego dziennika mianować mojego syna Agatonem – uważam, że skrót A. jest taki bezosobowy, nieludzki wręcz. Syn mój w rzeczywistości ma na imię nieco inaczej, ale naprawdę niewiele brakowało, żeby Agatonem został. O tym jednak może innym razem, bo to już zupełnie inna historia…

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii kącik (auto)terapii, ogólne, rozwój osobisty, uroki macierzyństwa, życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>