if it’s bitter at the start, then it’s sweeter at the end

… jak zaśpiewała dziś Madonna i spodobało mi się na tyle, że zostało tytułem notki. Dziś coś z serii o małych kroczkach – krok trzeci – wycieczka na miasto, czyli spacerek.

Wyjście z małym maluchem na miasto to już nie jest nic. To przedsięwzięcie logistyczne na miarę kogoś z wyższym wykształceniem w temacie. Zwłaszcza zimą, zwłaszcza w bloku kilkupiętrowym bez windy, zwłaszcza, jeśli się ma bliźniaki. Ja to wiem – a dziecko mam jedno, mieszkam w domu a nie bloku, a do tego jest lato. I co? I nic, nadal moim zdaniem jest to impreza, której logistykę można, a nawet trzeba zaplanować z wyprzedzeniem – najlepiej podczas któregoś z nocnych karmień. Oczywiście można nie wychodzić – względnie wychodzić tylko na ogród – dziecięciu nic się nie stanie, powietrza nałyka się i tak. Ale to nie o dziecię chodzi, przynajmniej nie w tej chwili – chodzi o nasz powrót do społeczeństwa, o socjalizację w pewnym sensie, żeby nie powiedzieć – re-socjalizację ;)

A zatem: dziecię ubrane, nakarmione, leży i śmieje się do lampy. Wózek przygotowany – zaopatrzony w pieluchę, kocyk, torebkę, komórkę i wodę (pieluch nie bierzemy, spacer na maks 2 godziny – damy radę nawet z kupą wrócić do domu po ludzku). Czas na nas – ubrać, pomalować (dla tych, co nieumalowane od tej nieszczęsnej 5 rano), uczesać i nie spocić się w drodze z gondolą na dół. Potem obieramy cel – kiosk ruchu gdzieś na mieście, minimum 4 kilometry od obecnej lokalizacji. Pakujemy dziecię do wózka, wychodzimy za bramkę i…

Podczas pierwszych 4-5 spacerów narzekałam (klęłam na czym świat stoi!) na stan dróg i chodników, drżałam o każdy podskok główki potomka. Prędkość rozwijana na tych pierwszych spacerach niewiele różniła się od tej rozwijanej przez ślimaki, obawiam się nawet, że mnie kilka sztuk przegoniło/wyminęło. Wszystkie psy w okolicy najlepiej bym wybiła – nie mówiąc już o każdym jednym samochodzie, motorze, skuterze, lub rowerze z dzwonkiem albo skrzypiącymi hamulcami. Efekt? Zimne poty przez cały spacer… a młodzież w wózku? Jeśli była zmęczona, po 10 minutach bujania śpi, jeśli  była pobudzona/zmierzła, przeszkadza jej, tak jak nam, dosłownie wszystko – taki spacer zwykle kończy się na najbliższym skrzyżowaniu komendą „w tył zwrot” i udajemy się w bezpieczne pielesze przydomowego ogrodu. A teraz?…

W sensie – a dzisiaj? Dzisiaj było już dobrze – zresztą mamy za sobą kilkadziesiąt spacerków, więc logistyka – tak trudna do opanowania na początku – jest już względnie ujarzmiona, a schemat postępowania ustalony. Czym więc różniło się dziś od każdego pozostałego spacerku? Ano tym, że poszliśmy dalej, poszliśmy do miasta, zrobiliśmy pełne 2 i pół godziny sami z Agatonem, bez jednego przystanku na ławeczce. I było tak fajnie! Chodniki (poza tymi z kostką brukową, taką wiecie, kociołbową) nagle przestały być dziurawe, słońce nie świeciło już tak bardzo na buzię, psy nie przeszkadzały, nie mówiąc o samochodach. Tylko do tych przeklętych motorków, motorynek, skuterków nie potrafimy się ciągle przekonać… ale z czasem wszystko się da. Dziś udało się osiągnąć cel, zakupić prasę (kobiecą, a co!) w kiosku, zaliczyć 3 kółka w parku oraz windę nad obwodnicą. Wszystko przy obupólnej akceptacji i śnie bądź czuwaniu potomka. Spocić i tak się spociłam, ale zadowolona jestem. Agaton zresztą też.  :)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Agatonowo, ogólne, uroki macierzyństwa, życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>