re-socjalizacja, część czwarta – zakupy

Taa… od spacerku na miasto, nader skomplikowanej operacji logistycznej opisanej w poprzedniej notce, trudniejsza jest tylko inna jego odmiana – wycieczka mamy, taty i malucha na miasto celem dokonania zakupów tzw. większych. Przyjmujemy, że mama i maluch spacerek na miasto mają opanowane – tato, jako, że ciężko pracuje i długo go nie ma, opanowane ma póki co spacerki krótsze, krajoznawcze, bez elementu dziecko+wózek+siaty. Oddajmy jednocześnie tacie sprawiedliwość – przecież gdyby nie jego w kwestii zakupów poświęcenie w tym ostatnim czasie, zasadniczo nie mielibyśmy co jeść. Więc – nie czepiamy się, takie są po prostu realia. Ale przychodzi ta sobota, że myślimy sobie, a co tam, czas wypłynąć na głębokie wody… Pakujemy wózek, malucha, nosidełko i siebie do samochodu i uderzamy do miasta. W mieście instalujemy od podstaw wózek i… jedziemy do parku. W tym czasie tato robi zakupy spożywcze w pobliskim sklepie o robakowej nazwie. My strzelamy kółka w parku, mały zasypia. Tato wrzuca siaty do samochodu, wraca do nas i jest! Nareszcie! Ten moment, kiedy zostawiamy naszych mężczyzn samych sobie i losowi i udajemy się do drogerii, celem uzupełnienia zapasów kosmetyków, bo co tu się oszukiwać, przez ostatnie dwa miesiące skończyło nam się WSZYSTKO, z mydłem włącznie, a facet jak to facet, nie zawsze kupi takie jakiego używamy (nawet, jeśli używamy tego samego kosmetyku od początku znajomości). Więc idziemy – co ważne, pomalusiu. Chociaż nogi rwą się do biegu, a w głowie słychać wrzask pierworodnego (który zresztą śpi spokojnie pod czujnym okiem tatusia, to tylko my mamy schizy). W sklepie to samo – krok po kroku, półka po półce, bez pośpiechu, lamentu i brania pierwszego lepszego balsamu. Celebrujemy moment, bo szybko się znowu nie zdarzy. Cieszymy się chwilą, zamiast zamartwiać się, co tam u naszych panów… Co z tego, że ta chwila nas kosztuje okrągłą sumkę, co z tego, że i tak w drodze powrotnej zadzwonimy zapytać, czy wszystko ok, co z tego – najważniejsze, że się udało! I obładowane siatką z kosmetykami za prawie sto złotych wracamy prężnym krokiem na ławeczkę w parku, gdzie czas się zatrzymał, a dziecię nie zauważyło nawet, że nas nie było, tak dobrze mu się spało.

 Ech.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Agatonowo, kącik (auto)terapii, ogólne, uroki macierzyństwa, życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „re-socjalizacja, część czwarta – zakupy

  1. ~n. pisze:

    myslalam ze tylko ja tak mialam :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>