historia czerwonego szalika, czyli rzecz o (niewątpliwie chorej) ambicji

Pamiętacie wpis o rzeczach pięknych do zrobienia? O projektach do zrealizowania? Ten w którym od firanek przez kocyk przeszłam do szalika, robionego dla Agatona na drutach? Otóż ten ostatni nadal posiada status „robiony”, chociaż prościejszego splotu wybrać nie mogłam. Tak się jakoś złożyło…

…złożyło się również tak jakoś, że sama nie wiem czemu, obiecałam zrobić kolejny szalik dla koleżanki Agatona, jednej takiej 5 dni starszej, co to do Gogolina szła. Czerwony (Agatonowy jest błękitny) ów szal powstaje na ostatniej już wolnej parze drutków numer 4, splot wybrałam jeszcze prostszy niż poprzednio i tak miętole te druty w każdej wolnej chwili obecnie. Miałam skończyć do zeszłej soboty, ale jakoś tak się złożyło (jak Boga kocham, samo się to składa!), że gdzieś przy okazji zobowiązałam się zrobić dla kompletu również czerwone rękawiczki… Problem w tym, że nigdy w życiu rękawiczek na drutach jeszcze nie robiłam. Pikuś, znajdzie się w sieci i się zrobi… tylko kiedy? Z każdym kolejnym oczkiem zapał gaśnie we mnie, drutki mi  brzydną i nawet ognisty kolor włóczki nie pomaga – zwyczajnie rzygam już tymi robótkami… A już najlepsze jest to, że w koszyku z włóczką, na 5 drutkach leży od dobrego roku niedokończona skarpetka. Tak się cieszyłam, kiedy udało mi się zrobić zakręt i wyprofilować piętę, taka byłam z siebie dumna, że już jakieś 4 okrążenia dalej odechciało mi się robić. I leży. I jest mi wyrzutem sumienia razem z dziesiątkami innych rzeczy i projektów, które w czasie pozaczynałam i niepodokańczałam (co za słowo! prawdopodobnie nieistniejące jeszcze! :P)

Żeby tego wszystkiego było mało, wzorem niektórych dziewczyn, których blogi oglądam ostatnio, zaczęłam w notesiku skrzętnie notować listę 101 rzeczy, które chciałabym zrobić w 1001 dni… Po co ja to robię? Komu? Na co? Skoro w głębi duszy wiem, że i tak połowy nie zrobię, a drugą połowę zacznę i nie skończę… Do tego wszystkiego zbliża się koniec roku, a koniec roku był dla mnie zawsze takim czasem porządkowania – żeby w nowy rok wejść z czystym kontem i w ogóle. Tylko, że z roku na rok coraz mniej rzeczy udaje mi się podsumować i pozamykać, coraz więcej za to planuję i projektuję (tu w znaczeniu: tworzę projekty). Chora ta moja ambicja nie pozwala mi zrobić kroku poza ten pierwszy, góra drugi w każym jednym projekcie. Na przykład – dieta – dwa, trzy dni idzie wszystko jak po maśle i kiedy zdobywam przeświadczenie, że nie jest źle, mogę to zrobić – natychmiast przestaję. Tak samo dzieje się ze wszystkimi rzeczami, które pozaczynane nie chcą się w moich rękach pokończyć – kiedy tylko nabywam przekonania, że potrafię coś zrobić, odechciewa mi się tego! Leczyć się, jak nic na nogi, bo na głowę już za późno!

…i tylko czasem przychodzi moment opamiętania. Zbieram się w sobie, kończę co zaczęłam, ale zamiast satysfakcji z wykonanego zadania, ukończonego projektu, jest tylko zmęczenie i niechęć – do drutków czy innego sprzętu fitness…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Agatonowo, kącik (auto)terapii, rozwój osobisty, życie codzienne i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>