z kategorii „zdziwko”

Śniło mi się dzisiaj, że byłam u swojego ginekologa i próbowałam mu wytłumaczyć, co to znaczy, że „mam zonka”. Facet jest wiekowy, taki lekarz w starym stylu, ale naprawdę sobie go chwalę i ja, taka pedantka językowa idę do niego i mówię, że mam zonka – czego on nie rozumie a ja nie potrafię przetłumaczyć na common polski! To prawie tak samo, jak wtedy, kiedy śniła mi się świętej pamięci babcia Helena, ślązaczka z krwi i kości, która tłumaczyła mojemu bądź co bądź gorolskiemu mężowi, żeby coś „łozłonacył”. Borok, kiedy się poznaliśmy, nie wiedział nawet co to jest ten słynny „bifyj”, a co dopiero łozłonacać! (swoją drogą tłumaczenia tego słowa też nie potrafię znaleźć – to znaczy ja je rozumiem, ale nie mam na nie odpowiednika w języku polskim, jakoś tak… pewnie Szołtysek by miał, kudre muszę do niego w końcu napisać!)

Dlatego też Agaton chowany jest na polilingwistę – na pewno będzie mówił po polsku, a rozumiał przynajmniej śląski i angielski. Ten pierwszy za sprawą wizyt u babci Celinki,  ten drugi za sprawą amerykańskiej edycji MasterChefa, którego aktualnie oglądamy, kiedy on się bawi na macie, a ja na przykład prasuję.

W ogóle to popełniam dziś ten wpis, bo zdziwiłam się rano, kiedy przypadkiem – naprawdę! – stanęłam na wadze. Oto ubyło mi prawie 2 kilo. Problem w tym, że dietę jako taką zarzuciłam jakoś tak w zeszłym tygodniu… ale od kilku dni tak się jakoś wyregulowałam,  że jem 3 posiłki, niespecjalnie po linii diety, ale żeby niezdrowe, to też nie, no i jakoś po tej kuracji siemieniem lnianym straciłam apetyt na słodycze, więc też ich nie jem… i tylko pić mi się chce, to piję – i zdziwko! A może to o to chodzi? Żeby nie zapisywać tych posiłków, nie kombinować z tymi składami, po prostu jeść kiedy jest się głodnym i pić, kiedy spragnionym? Nieee, to nie może być takie proste! ;)

W każdym razie obudziłam się dziś w naprawdę dobrym humorze. I nawet tak jakoś słońce widać, może na spacer, pierwszy mroźny, pójdziemy, kto wie. Wiatru nie ma, a Agaton uwielbia spacerować – zresztą, ja też już świata od niedzieli nie widziałam, zda się wyjść do ludzi, żeby nie ocipieć. Jutro szykuje nam się półgodzinna przynajmniej podróż autobusem, zobaczymy, jak to będzie. Póki co oświadczam – w nawiązaniu do ostatniej notki – że czerwony szalik ma się ku końcowi, a maty na prezent są już prawie gotowe. Dziś dla odmiany będę robiła dynię z marchewkami w parowarze, specjalnie dla mojego dziecia na obiad. Ach!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Agatonowo, ogólne, prywata, uroki macierzyństwa, życie codzienne i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>