a complain

Wczoraj okazało się kilka rzeczy. Po pierwsze okazało się, że nie mogę na bloga wrzucić wklejki z Lubimyczytać – a przynajmniej ja nie znalazłam takiej opcji/widżetu. Po drugie okazało się, że w swej szczodrości oszczędzono nam, zwykłym śmiertelnikom będącym jednocześnie użytkownikami tego najstarszego (w Polsce) serwisu blogowego trywialnego przecież dostępu do kodu źródłowego naszych szablonów, ot, żeby przypadkiem mózg się nie spocił przy kreatywnej obróbce tychże (Jezu, czy ktoś wie o co chodzi w tym zdaniu? Gdzie jest moja zielona herbata?!). Po trzecie okazało się, że nawet jeślibym chciała przenieść treści gdzie indziej, gdzieś, gdzie wordpress jest wordpressem, a reklamy można wyłączyć, musiałabym to zrobić bardzo manualnie – notka po notce, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Gorzej z komentarzami, tych bym już nie przeniosła, chyba, że przepisała.

No po prostu udupiona jestem. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wygrać bloga roku i na gali wręczania nagród się poskarżyć, prosto do mikrofonu. Mark my words, może kiedyś się uda…

Poza tym co tam w nowym roku? Ewa mnie boli, co dziwne, z treningu na trening coraz bardziej. Grudniowe spożycie siemienia lnianego w ilości około łyżka dziennie nie-codziennie spowodowało u mnie wzrost nowej grzywki – naprawdę, mam nową linię włosów! – wygląda to koszmarnie, bo jeszcze za krótkie, żeby zaczesać lub pod opaskę włożyć. Ale! Nowe włosy to nowe włosy i cieszę się, że je mam. Na całe szczęście nie rosną siwe ;) Do tego wszystkiego jutro zaczyna się w Lidlu promocja, a ja mam kolędę i zanim ksiądz kanonik Stanisław do nas zawita, to mi tam buty i biustonosze wykupią do cna… Co zrobię, nic nie zrobię. Agaton przy tym wszystkim codziennie inny – przedwczoraj megamaruda, wczoraj normalny, dziś wręcz apatyczny. Rośnie, puchnie, zęby idą. Niech rośnie, niech puchnie, niech mu zęby wyjdą… Do tego w ogóle nie rozumiem i chyba nigdy nie pojmę dlaczego moja teściowa o swoim synu a moim mężu napisała, kiedy ten miał pół roku, że jest spokojny, ale uparty. Jak taki maluch może być uparty? W czym? W tym, że chce spać albo jeść? Że narzeka, bo ma mokro? Nie rozumiem takiego określenia w odniesieniu do tak małego człowieka, ale to może tylko ja i mój dziwny świat, w którym szablon na blogu ma zmianialne źródło…

Ten wpis został opublikowany w kategorii kącik (auto)terapii, ogólne, życie codzienne i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „a complain

  1. ~Margot pisze:

    Uparty to też ten, który próbuje ustać na chwiejnych nogach i co raz upada na pupencję. Ale mimo to znowu wstaje i próbuje dalej:)
    Ja za to nie rozumiem kompletnie słowa: niegrzeczny/grzeczny w stosunku do niemowlaka.
    Co do zmiany bloga, to zawsze możesz założyć nowego i wstawić link do starego, nic nie zginie:)
    Kasz, jesteś oazą pierdolonego spokoju skoro wytrzymujesz z teściami pod tym samym brudnym dachem!!!

    • ~Kasz pisze:

      Do oazy mi daleko, najbliżej do psychiatryka, przez tłumienie w sobie całego tego napięcia… Problem w tym, że teściowa, jak ją znałam, to słowa uparty używała raczej w pejoratywnym sensie, więc dla niej „uparty”, to tyle co uparty po oślemu, bezsensownie, dla samego focha. Zresztą mój W. do dziś tak ma ;)

      A już najbardziej mnie wkurza jak babcia (tak, mieszkam jeszcze z babcią. I szwagierką. I w sumie z narzeczonym szwagierki też…) mówi o Agatonie per ty łobuzie… niby pieszczotliwie, ale kurde, co to jest?! No i te hasła typu – a jeden chłop u nas na wsi to mleko tylko od krowy pił i taki był silny, że w zimę noc na mrozie i śniegu przespał i kataru nie miał nawet… To czemu dziecku krowiego mleka nie dasz?… Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

  2. ~brigitta pisze:

    Uparty? Znaczy,że ja się uprze,że chce zjeść trochę tego co mama, a nie może, bo to jeszcze nieodpowiednie, to będzie wrzeszczał, piszczał, płakał,aż nie spróbuje. I nie pozwoli sobie zamydlić oczu czym innym, pamięta i chcę dostać to, co je mama. Tak mi się wydaje,że w tym rzecz.

    Zęby to masakra, porażka i tragedia w jednym, moja córka dodatkowo ma biegunki, więc zmieniam pieluchy z kupa około 6-7 razy na dzień, pod wieczór mam serdecznie dość i kup i zębów i życia. Pocieszam się tym,że kiedyś wyjdą przecież, smaruję dziąsła żelem i staram się przetrwać to z godnością.

    Głowa do góry, a chciałaś kupić w Lidlu buty? Właśnie nie wiem czy one nadają się do biegania czy tylko do ćwiczeń? Chyba do ćwiczeń, co?

    • ~Kasz pisze:

      Do ćwiczeń, ale takich też potrzebuję, w przyszły poniedziałek zaczynam zajęcia między ludźmi, to w czymś trzeba pójść…
      Co do zębów, ja już nie wiem. Dziś znajoma mama powiedziała, że mały wcale nie ma opuchniętych dziąseł. Ale moim zdaniem ma. Tyko, że mnie to wybiło z rytmu i się martwię, że co innego nie tak…

      • ~brigitta pisze:

        u nas lekarz widzi opuchnięte dziąsła od 2 miesięcy,a żaden ząb przez ten czas nie przybył. Przebijanie przez dziąsła też może trwać, nie martw się:)

        a gdzie na ćwiczenia będziesz chodzić?do klubu?co z bieganiem?

        • ~Kasz pisze:

          Do szkoły, na klub mnie nie stać, a pani z klubu za połowę ceny dorabia organizując aerobic na sali gimnastycznej. Jest spoko, taki bardzo klimat lat 80 ;)
          Bieganie w planach, tylko butów brak – pisałam Ci, o 10.00 Lidl był spustoszony. Nie widzę światełka w tym tunelu, muszę poszukać butów gdzie indziej. Zresztą, dla chcącego nic trudnego, tylko o kontuzje się boję, bo kurde, słabo z kondychą u mnie, słabo – póki co i jeszcze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>