bring me down – can’t nothing!

Zakupy zrobione. Na ostatnim fitnessie śmiałam się z ludzi, którzy na początku stycznia rozstawiali namioty pod Lidlem by zdobyć spodenki/koszulki/buty i całą resztę (śmiałam się trochę przez łzy, bo mi się nie udało:P), a po wczorajszych zakupach sama dumnie od stóp do głów reprezentuję marki znane z Decathlonu… ciekawe, kto będzie się śmiał ze mnie. Nieważne! Najważniejsze, że nareszcie mam buty – i to takie, do których zapałałam miłością od pierwszego włożenia. Stara prawda ludowa głosi, że trza  być w butach na weselu, ale moim zdaniem bez wygodnych butów to w ogóle życia nie ma (o weselu nie spominając :P). Jak człowieka już na starcie coś uciska i uwiera, to choćby nie wiem jak ładne i drogie było to obuwie, nie warto na nie marnować życia ;) Ot, takie spostrzeżenie :P

Dochodzę również do wniosku, że jakaś taka nijaka ta moja przestrzeń w internecie. Nie potrafię tak jak niektórzy, pisać notek pod publikę, porad, które naprawdę pomagają i wniosków, które dają do myślenia. Jakoś tak wolę takie rzeczy czytać, niż sama stwarzać. Ale znowu gdzie nie wejdę (a mówimy o tzw. fitblogach, aktualnie na taką lekturę mam „zajawkę”, że się tak wyrażę), tam od razu takie plany, takie fotki, takie metamorfozy i tysiące porad, jak zjeść, jak wysrać, jak umyć i generalnie jak dbać. No same eksperty po prostu. A gdzie człowiek w tym wszystkim? Nawet nie wiem, jak to po ludzku skomentować, bo wypada tylko podziękować i pochwalić… Na krytykę nie ma miejsca, ostatecznie dziewczyny i chłopaki odwalają kawał dobrej roboty. Ale mówię, ten poradnikowy ton po jakimś niedługim czasie trochę się mierznie… zresztą, to tylko ja, wiecznie niezadowolona aktualnie optymistka ;)

 

Agaton ma okres małych i dużych przełomów. Najpierw rozhuśtał się na brzuszku i robi kołyskę oraz pręży ramionka, a w sobotę rozgadał się przepięknie i zafundował mi pierwsze słówko – oczywiście było to „tata”. I taki jest dumny z siebie, że „tatuje” kiedy tylko może, kłóci się po hebrajsku z zabawkami, wtrąca do rozmów dorosłych, no słowem, ma  chłopak swoje zdanie w każdym temacie ;) Głosik ma słodki, taki kochany, mogłabym go zjeść po prostu! ;) Walczymy dalej z suchym noskiem po nocach, ale już jest lepiej. Jutro uderzamy do neurologa, ciekawa jestem czy stwierdzi, że marnujemy jego czas, czy jednak zaleci jakąś rehabilitację. Nie mam specjalnie zdania w tym temacie, z jednej strony niech się mały rozwija w swoim tempie, z drugiej na pewno łatwiej by mi było, gdybym wiedziała w jaki sposób stymulować go do ćwiczeń, które pomogą mu sprawniej wejść w raczkowanie czy samodzielne siadanie. DO pewnych rzeczy dochodzę sama, przypadkiem, przez zabawę, inne podpowiada internet albo książki, ale pewnie nic nie zastąpi wiedzy rehabilitanta… Zobaczymy, co będzie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Agatonowo, kącik (auto)terapii, ogólne, rozwój osobisty, życie codzienne i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na „bring me down – can’t nothing!

  1. ~brigitta pisze:

    Jak kupię buty do biegania,a chwilę potem się okaże,że w Lidlu też będą to się wkurwię.

  2. ~@BabaYaga pisze:

    :)

    Decathlon ma bardzo dobre produkty :)

    Po cos faktycznie piszemy te blogi-pamietniczki. Kiedy moja corka byla mala a ja jeszcze bylam szczesliwa mezatka, tez prowadzilam blog, w ktorym, tak jak Ty, zapisywalam postepy dziecka, reakcje moje i jej taty, pamietam, ze to nawet fajnie napisane bylo i po kilkunastu miesiacach widzialo sie pewna ewolucje, tych dwojga doroslych, ktorzy staja sie rodzicami… Troche nawet zaluje, ze wszytko pokasowalam w okolicach rozwodu :)

    Mnie sie akurat podoba dokumentowanie tego, co sie aktualnie dzieje.
    Ty tez dokumentujesz, Brigitta rowniez i wszystkie fitbloggerki. Tylko skupiamy sie na czym innym. Ty dzis opisujesz, co sie z Toba dzieje, Brigitta umie pisac o bieganiu, ja staram sie porzadkowac sobie burdel zyciowy (niby mialam siedziec i tlumaczyc strony internetowe, a jest to zajecie tak nudne, ze siedze tu u Ciebie, czytam i komentuje, to troche jak napisala Brygitta – ze ktos pisze o zdrowym odzywianiu a po nocach wpierdala czekoladki, nie?) fitbloggerki pisza o cwiczeniach i o fit jedzeniu :))

    Jak to sie mowi w moich stronach „il faut de tout pour faire un monde”

    • ~Kasz pisze:

      Jeśli dobrze zrozumiałam, to zgadzam się z Tobą, różnorodność to fajna rzecz ;) Każdy jest dobry w czym innym i każdego czyta się inaczej – to tak jak z książkami, niby zdarzają się te o podobnej tematyce, podobnych kategoriach, ale dwóch takich samych nie znajdziesz. A mimo to jedna osoba jest w stanie przeczytać wiele różnych książek i wszystkimi się cieszyć.
      Mi bardziej chodziło o to, że czasami się czuję taka nijaka, jakby to co piszę nie miało żadnego znaczenia, „tonęło” w odmętach internetu. A potem wracam do notek z archiwum i się nimi cieszę :)

      • ~@BabaYaga pisze:

        Ho, zaraz nijaka.
        A jakbys chciala sie czuc, zeby nie myslec o sobie „nijaka”?

        • ~Kasz pisze:

          …Jakoś? ;P
          Ale nic się nie martw, już mi przeszło. Na fitnessie byłam, smutki się rozwiały, tylko kręgosłup pobolewa, marzę o porządnym rozciąganiu!
          Ach, spocić się to jest remedium na wszystkie smutki stycznia!

        • ~brigitta pisze:

          il faut de tout pour faire un monde – co to znaczy?:)

          A Ty co zrobiłaś dzisiaj,żeby być fit? Zjadłam batona i popiłam wódką,a potem zaczęłam czytać fit blogi i udawać fiut mędrca. Ja niestety nie wyłapuję,które posty są sponsorowane, dlatego uważam,że na początku wpisu powinno to być zaznaczone, żeby być fair :)

          bo fajnie jest być na Ty, kiedy byłam w Irlandii nie mogłam si przywyczaić,że oto mówię do szefa per :”Ty”,to było takie poniżające. Dla szefa,nie dla mnie:)

    • ~brigitta pisze:

      il faut de tout pour faire un monde – co to znaczy?:)

      • ~@BabaYaga pisze:

        To znaczy, ze zeby Swiat byl Swiatem, trzeba zeby na nim bylo wszystko: i mamy, i fitbloggerki i milosnicy porno, ksiazek, muzyki klasycznej i wedkowania :)
        Zeby mozna bylo porozmawiac, a nie tylko sobie poprzytakiwac w kolku wzajemnej adoracji.

        PS. Mnie sie podbaja Wasze „mamine blogi” i nie uwazam, by byly nijakie :P

  3. ~brigitta pisze:

    Im głębiej wejdziesz w fit świat,tym bardziej będziesz tym wymiotować,najpierw jesteś zachłysnięta tym wszystki, te kolory,te przemiany,te buty,te wspaniałe dania,och i ach, a potem widzisz,że wszyscy piszą o tym samym i podniecają się naleśnikiem,tyle,że w wersji fit. I jeszcze te reklamy, sponsoring,nie mam nic przeciwko,kiedy jest zaznaczone, że wpis jest sponsorowany. To samo jest w blogach parentingowych,tylko tam jeszcze więcej lukru i spijania piany z ust.

    Same eksperty od 7 boleści,opłacone słodzikami i witaminami. jestem pewna,że nocami objadają się czekoladą heh. ja przynajmniej to robię w biały dzień i się tego nie wstydzę.

    Bądż sobą, widzę,że masz potencjał komediowy („Na ostatnim fitnessie śmiałam się z ludzi, którzy na początku stycznia rozstawiali namioty pod Lidlem by zdobyć spodenki/koszulki/buty i całą resztę (śmiałam się trochę przez łzy, bo mi się nie udało:P”) buhahaha.

    Trzymam kciuki za jutrzejszą wizytę u neurologa !!!

    • ~Kasz pisze:

      Potencjał komediowy powiadasz? Najprędzej do czarnej komedii, jestem pierwszym krzesłem w loży szyderców :P
      Na całe szczęście moje oko filologa/krytyka pozwala przejrzeć te wszystkie posty sponsorowane, a spośród linków wycyckać kogoś takiego jak Ty ;)
      A już najbardziej mnie wkurza, jak post jest pisany i adresowany w pierwszej osobie. Czyli: „A co Ty zrobiłaś dziś, żeby być fit?” – to mnie własnie wkurza trochę u Ewy, ja z nią wódki nie piłam, dlaczego ona do mnie mówi na ty? :P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>