lutowe „samapy”

Ale najpierw – fanfary! Mamy pierwszego zęba, proszę Państwa! Jest to górna prawa jedynka, a jej szczęśliwy posiadacz, mały Agaton, czekał na nią razem z rodzicami od jakichś 3 miesięcy. I doczekał się. Ja tylko teraz drżę o to, żeby nie zostać pogryziona, ot, chociażby z ciekawości… Ale buzia z białym akcentem w środku wygląda slicznie, brakuje tylko tego błysku-gwiazdki, jak w filmach :P

Co do samapów to zacznę od  tego, że jestm z siebie dumna. Plan był ambitny i nieomal w całości udało się go zrealizować. Nie chcę szukać wymówek i zwalać na Bogu ducha winne dziecię moje, ale gdyby nie fuj-czterodniowa-trzydniówka byłoby jeszcze lepiej. Ale i tak jest dobrze, głównie dlatego, że ja mam jakieś tam poczucie dobrze wykonanego obowiązku i chęci, żeby narzucać sobie obowiązki nowe. Więc suma summarun – it’s ok!

O planach na marzec napiszemy w marcu, teraz tylko podzielę się hasłem, które wczoraj doprowadziło mnie do bólu brzucha, spowodowanego atakami śmiechu. Niby nic, ale mnie zbiło z nóg – im mniejsza twarz, tym większy sukces! :P

Buehehehehehe, do teraz mnie cieszy :D

Opublikowano Agatonowo, rozwój osobisty, życie codzienne | Otagowano , , , , | 3 komentarzy

chce mi się spać…

…ale bardziej niż spać, chce mi się napisać notkę o tym, co mnie wkurza.

W chwili obecnej są to następujące rzeczy/zjawiska (wkurzają mnie też osoby, ale opiszę tylko zjawiska z tymi osobami związane, bo musiałyby kurwy polecieć, a nie chcę):

- zjawisko przesadzacie - powiedzmy, że pewne bliskie mi osoby dają mi ostatnio do zrozumienia, że zarówno rehabilitacja Agatona jak i wizyta z nim u laryngologa celem ustalenia co z tym krótkim wędzidełkiem zrobić, to akty grubo przesadzonej troski i daleko posuniętej profilaktyki. Przecież „wszystko jest w porządku”, a ja sieję panikę wokół zupełnie zdrowego dziecka. Otóż, kurwa, nie! Nie sieję, po prostu się martwię i próbuję zapobiec ewentualnym wadom postawy lub wymowy mojego pierworodnego. Mam do tego prawo i środki, a co za tym idzie, wara! Dość mam tłumaczenia się, dlaczego to, dlaczego tamto, wprowadzam niniejszym embargo na wiadomości z tych zakresów naszego życia (embargo dla pewnych bliskich mi osób) – od dziś wszystko jest w porządku, a jak chcesz zobaczyć wnuka, to wsiadaj w autobus – ta sama droga do pana Boga. (Bo przy okazji dość mam również tego, że nikt z mojej rodziny nie odwiedza mnie tu, gdzie mieszkam, wszyscy wykorzystują okazję, kiedy jestem w Bytomiu… a i to nie zawsze. Tyczy się to też szeroko pojęych znajomych z dawnych lat, ale to temat na osobną  bajkę, proza życia to przyjaźni kat, ot i wszystko…)

- zjawisko she squats bro i dlaczego ja tak jeszcze nie mam – no chodzę na ten fitness, no robię tą Ewę, no biegam (rzadko bo rzadko, za rzadko, wiem o tym! :( ), będą już dwa miesiące, a ja subiektywnie efektów nie widzę. Widzę za  to laski, z którymi chodzę na fitness, tam efekty są, to mnie wkurza niepomniernie, ja też tak chcę, chcę tak już, teraz, zaraz i w ogóle gdzie jest moja melisa?! Mam kryzysa po prostu, doskonale wiem, że najpepiej robić swoje a efekty z czasem same się pojawią, ale cierpliwość nigdy nie była moją cnotą, za to słomiany zapał i przerośnięta ambicja to moje drugie i trzecie imię…

- zjawisko akademikowej lodówki i akademikowej kuchni - temu zjawisku również należy się osobny wpis, a raczej cała teczka u terapeuty, którego nie mam i do którego się nie wybieram, ale jak tak dalej pójdzie to mnie wywiozą, jak pragnę zdrowia…  urodzinowy szał pogłębił tylko moją depresję na tym tle, bo co rusz okazywało się, że moje rzeczy w lodówce dziwnym trafem są używane nie tylko przeze mnie! Dla ścisłości – nikomu nie żałuję jajka czy mąki (to akurat zostało ruszone), ale jak staję nad miską z ciastem i nagle się okazuje, że było, a nie ma, a tu trzeba ratować sytuację, to kurwica może człowieka złapać i to konkretna… Tylko gdzie z tą kurwicą iść? O jajko albo szklankę mąki się wykłócać?  Do pełni szczęścia w tym temacie brakowało tylko znikniętego (to słowo istnieje, użyto go w Misiu i tego się trzymam! :P) mięsa z zamrażarki. Obiady sobie można planować, tylko mięso by trzeba pod postacią żywej kury trzymać, wtedy by nikt nie ruszył, bo oprawić trzeba. A tak, jak gotowe leży, to można przecież, nie? Jezuuu….

To tyle na tą chwilę. Poza tym czterodniowe obchody urodzin/imienin minęły mi bardzo intensywnie i dobrze, że sobie je wcześniej dokładnie zaplanowałam. Bez tego na pewno byłabym już leżała gdzieś na zawał (w moim wieku to w końcu możliwe:P)… Rehabilitacja bez zmian, to znaczy efekty są, oszałamiające moim zdaniem, ale Agaton nadal wyraża swoje niezadowolenie ćwicząc przy okazji oktawy, o których istnieniu nie miałam pojęcia. W poniedziałek chyba osiągnął już cztery. Prawie jak Freddy… Jako, że moje dziecię w sobotę skończyło osiem miesięcy i potrafi świadomie zrobić papa, rozszerzamy jak szaleni dietę. Ostatnio o brukselkę (pycha!), rodzynki (mniam!), koperek (fiufiu!), majeranek (mmm…), sezam(pyszności!), a dziś również owsiankę (na wodzie co prawda, i z przewagą jabłek, ale była!). Chleb, a raczej skórki z chleba, jemy w ilości około kromki dziennie, do tego chrupki kukurydziane i wszystko to, co mama da z łaski swojej do buzi (np. dziś odrobinę paluszka z sezamem:)) Wszystko dziecku smakuje, mam wrażenie, że apetyt to ma po mnie,  nie po ojcu ;) Do tego zęba, górną lewą jedynkę, już widać po kresce! Będzie lada dzień, lada godzina! A potem może prześpię noc i przestanę być zmierzłą trzydziestoletnią zołzą…

Opublikowano Agatonowo, kącik (auto)terapii, uroki macierzyństwa, życie codzienne | Otagowano , , , | 13 komentarzy

złe bieganie

Technicznie złe. Takie bieganie to nie jest frajda dla kolan… Przekonałam się o tym po sobotniej przebieżce – zero, słownie zero zakwasów, za to stawy kolanowe do wymiany. Wczoraj nie byłam nawet w stanie podnieść się z sofy bez podparcia rękami, bolało bardzo. Aż się bałam, że przesadziłam nie w tą stronę co trzeba i będzie trzeba zrezygnować… Na szczęście dziś jest już o dużo lepiej, więc fitness odbędzie się bez przeszkód. Tak sobie myślę, że głównie zawaliłam w dwóch miejscach: Po pierwsze za mało warstw na nogach (zmarzły mi kolana, czułam to cały bieg), po drugie biegałam (nie wiem czemu!) na całej stopie, wyglądało to prawie jak chód, tylko było biegiem. I już pod koniec biegu  czułam z każdym krokiem kolana, czułam po prostu  ból. Ale myślałam, że tak powinno być. A przecież wiem, że najlepiej na śródstopiu! Ech…

Dzisiejsza poranna rehabilitacja nie przyniosła zmian – Agaton nadal zalewał się rzewnymi łzami przez całe 25 minut. Mam nadzieję, że piątek będzie lepszy pod tym względem – bo kiedy ćwiczymy w domu, słychać raczej piski radości niż płacz.

I tyle, czas wolny się skończył.

 

 

 

Opublikowano Agatonowo, rozwój osobisty, uroki macierzyństwa | Otagowano , , , | 16 komentarzy

biegam, czytam, planuję

Z ręką na sercu, chyba siódmy raz zabieram się za ten wpis. Nie to, że nie mam czasu. Po prostu jakoś nie wiem, co pisać. Tyle się dzieje, ale czy wszystko musi trafiać tutaj? A jeśli oleję to, co się dzieje i tutaj będę pisała o czym innym, to czy nie wyjdę na egoistkę, a to, co się dzieje, nie przepadnie w mrokach niepamięci już za miesiąc? Jedno jest pewne, nastrój mam z tych melancholijnych, rozmyślanych, wiecznie niepewnych i spekulacyjnych…

Więc może w skrócie. Plan na drugi tydzień lutego był i był piękny. I prawie w ogóle go nie ruszyłam, siła wyższa, przeżyliśmy bowiem czterodniową trzydniówkę. Nie panikowałam, prawie w ogóle, zachowałam zimną krew, raz tylko, kiedy moje słabe, zmęczone gorączką dziecię nie miało prawie siły płakać, a widać było, że bardzo by chciał, zapłakałam ja. Ale szybko się pozbierałam, w myśl zasady „jeśli nie ja, to kto?”, a raczej „jeśli nie ja, to nikt”. O tym, że mamy do czynienia z trzydniówką dowiedzieliśmy się oczywiście w momencie, kiedy Agatona wysypało, wcześniej to były tylko domysły z zębami (które nadal nie wyszły swoją drogą) na czele. Przez chorobę przepadła nam również pierwsza i druga rehabilitacja, więc zajęcia opóźniły się o kolejny tydzień, a szkoda, bo jak się okazało, jest fajnie i dużo do zrobienia. Agaton jak prawdziwy facet płakał całe pół godziny pierwszych zajęć, ale tak bardziej dla zasady i podkreślenia swojej odrębności, niż ze strachu czy bólu. Zresztą, płakały wszystkie dzieci na sali, to dlaczego on miałby być gorszy? Pani Małgosia (sic! :P) z którą ćwiczymy, pokazała kilka fajnych chwytów do odrobienia w domu i dziś tak się rozkręciliśmy, że mały prawie sikał ze śmiechu. Więc choć na początku się bałam całej tej rehabilitacji, teraz jestem pełna dobrych myśli. I już nie umiem się doczekać, kiedy moje dziecię zaraczkuje albo stanie. Wiem, pewnie potem będę tego żałowała, wszystkie mamy mi to powtarzają, ale jednak ja wiem swoje – do dziś pamiętam, jak w ósmym miesiącu ciąży, na nowej sypialni, przyśnił mi się tupot malutkich stópek, które wybiegły z pokoju. To było jednocześnie przerażające i słodkie :)

Z innych nowości to kicha. W nadchodzącym tygodniu zmieniam licznik z przodu. W ramach prezentu byłam dzisiaj w Decathlonie i Greenpoincie, powiedzmy, że jestem usatysfakcjonowana ;) Zakupy z Deca zostały od razu przetestowane, po prostu musiałam pobiegać, nie dało się inaczej! I tak się cieszyłam, choć to tylko pół  godziny, a zziajałam się jak pies. Ale biegłam, prawie  cały czas, przerwy na marsz były krótkie i nie było ich dużo – miałam tyle w sobie energii, tyle dupy-na-kanapie do wybiegania, tyle złych myśli i jakichś głupich regretsów, a księżyc tak pięknie wschodził, w pełni, szkoda tylko, że nie wzięłam czapki i ostatecznie rozsądek wziął górę, zabolało ucho, pobiegłam do domu. Wcześniej się dobrze rozciągnęłam, ale znowu przyznaję się do braku porządnej rozgrzewki. Wiem, mogę to przypłacić kontuzją, ale tak sobie myślę, że taki amator jak ja, co ja tam pobiegłam, może ze 2 kilometry, z czego ta kontuzja, panie, z czego? ;) Ach, może jutro też pobiegnę? Byłoby świetnie!

Martwię się trochę ciemiączkiem Agatona – odkąd wyzdrowiał, co chwila jest wklęsłe. Mały nie ma problemów z piciem, pije dużo i piersi i wody, nie jest odwodniony, ma łzy itp., a jednak ciemiączko się zapada. I pulsuje, ale pulsowało również wcześniej, więc to mnie nie martwi. Nie wiem, może jakieś elektrolity? Pani na dyżurze powiedziała, że od razu do szpitala na badania, bo ona nie ma warunków, ale w sumie, to ona sensu nie widzi, bo co najwyżej mały lekko suchy język ma (jak można mieć suchy język?)… Pozostaję zatem w konsternacji (żeby nie powiedzieć w konfuzyji), jutro dla świętego spokoju podam te elektrolity i zobaczymy. Ech, czasami mam wrażenie, że słowa dziecko, niemowlę i norma wzajemnie się wykluczają, a jeśli już istnieje jakaś norma dla niemowlaka to zwykle ma widełki od nieskończoności do nieskończoności…

Opublikowano Agatonowo, prywata, uroki macierzyństwa, życie codzienne | Otagowano , , , | 3 komentarzy

so I ran

Okoliczności nie sprzyjały mi od samego rana. Wszystko szło źle, nic nie było tak, jak chciałam, a do tego Agaton znowu wpadł w tryb „ząbkuję, kurwa!”. Dość powiedzieć, że około trzydziestu razy w ciągu dnia powiedziałam sobie, że nic z tego nie będzie, pierdolę to i już. Ale siła żaby i zobowiązania przed Brygittą była silniejsza. Plus mąż mnie wyprowadził  był z równowagi względnej, po tym oczywiście, jak go już oprałam i nakarmiłam… Jakąś siłą podświadomą dziesięć po szóstej wstałam i powiedziałam, że wychodzę biegać i będę o siódmej. Mąż zrobił wielkie oczy, próbował coś tam oponować, że ciemno, że zimno, że buty pobrudzę… ale ja go już nie słuchałam. Ubrałam się na Bezdomną Cebulę, zawiązałam buciczki i wyszłam w ciemność.

Łooo…

Pierwsze co zobaczyłam, to pięknie gwieździste niebo. I ćwierć księżyca. Potem poczułam zimne powietrze na twarzy. I nagle zrobiło się dobrze. Poczułam wiatr w skrzydłach i przyspieszenie w nogach. Jak Boga kocham, nigdy nie miałam tak wygodnych butów! Prawdopodobnie właśnie dlatego prawie w ogóle się nie rozgrzałam – chciałam pobiec już-teraz-zaraz, ile sił w kopytach i tlenu w płucach! Tak też zrobiłam, nie ubiegłam jednak daleko, ostatecznie był to mój pierwszy raz. Ale spokojnie przeszłam do marszu i po chwili  biegłam znowu. Powolutku, bez pośpiechu, po ciemku i z bananem na twarzy… Okazało się, że trasa, którą wyznaczyłam sobie na mój debiut, jest tak krótka, że zrobiłam ją dwa razy, zanim zdecydowałam się wracać do domu. A i powrót nastąpił okrężną drogą… Zwyczajnie nie chciało mi się wracać – nie dlatego, że w domu źle, dlatego, że w biegu tak dobrze! Ale rozsądek wziął górę, ubrałam się jednak źle, czułam pot na plecach i wiatr w pachwinach (:P), nie chciałam przesadzić, mimo wszystko. Ale mimo wszystko na rozciąganie poświęciłam więcej czasu niż na rozgrzewkę i pewnie dzięki temu jeszcze dzisiaj stoję :P Wróciłam do domu – wiem, powiem to, ale to prawda! – jak nowo narodzona. Prawie odrodzona! Na pewno w lepszym o niebo nastroju – raz, bo pokonałam siebie, dwa, bo zrealizowałam plan, trzy, bo – kurde! – pobiegłam! Do dziś sikam ze szczęścia nad sobą samą ;)

Do zapamiętania: Strój Bezdomnej Cebuli do wymiany prawie całkowitej. Już wiem, co Brydzia na ma myśli mówiąc fuksja – sama mam ochotę na neon przy następnym biegu. Póki co neonowo biało świecą moje piękne i cudowne buciki do biegania. Które musiałam oczywiście umyć, ale obyło się bez większych zabrudzeń, na szczęście. Po drugie, rozgrzewka musi być porządniejsza, wieczorem tak strzelały mi kostki, że mogłam policzyć wszystkie kości stopy… Po trzecie, zimne powietrze w płucach to jest to!

Opublikowano rozwój osobisty, życie codzienne | Otagowano , , , | 4 komentarzy

sny

Śnią mi się ostatnio żywi ludzie – w odróżnieniu od tego, co saw dead people. Normalnie, ludzie, których znam/znałam i o których akurat na pewno wiem, że jeszcze żyją. Ale śnią mi się tak jakoś dziwnie. Ostrzegawczo. Nie umiem tego do końca wyjaśnić, ale od kilku dni, ilekroś zasnę, spotykam kogoś, kogo znam, a potem budzę się i myślę – skąd on/ona teraz właśnie w mojej głowie, nie widziałam tej osoby trylion lat! Nigdy jakoś  tak spacjalnie symboliką snów się nie przejmowałam, ale teraz jestem prawie przerażona. Zaniepokojona, to lepsze słowo. I też do końca nie wiem czym – sobą, czy tamtymi osobami? Próbuję ugryźć temat z różnych stron, ale nawet wspólnego mianownika nie ma pomiędzy tymi, którzy mi się śnią – nie wiem, po prostu nie wiem. Pewnie to coś znaczy, ale co, tego nie wie nikt, a ja dowiem się pewnie po fakcie.

Poza tym wchodzę w drugą fazę odcukrzania – to jest „schodzę” z białego pieczywa. Od wczoraj mam tak niski poziom cukru, ale i niskie ciśnienie, że gdziekolwiek stanę albo siądę, zaraz prawie zasypiam. Wczoraj nawet wózek na spacerze ciężko mi było pchać – dziś jakoś się zmusiłam, próbowałam pobudzić trochę krążenie, skończyło się na ataku wilczego głodu. W środku sklepu, na dziale ze słodyczami… Nie kupiłam nic słodkiego – tylko bułkę i to jeszcze grahamkę. Jestem z siebie dumna, choć spociłam się w 5 minut jak po 50 minutach porządnego cardio. Wiem – zaraz usłyszę: zbadaj się, krew, mocz, tarczyca, kał i oczy… Dobra, dobra, nic mi nie jest, to tylko brak cukru. Been there before.

W ogóle to moim przeobrażeniowym zmianom towarzyszy, oprócz Briana, filozofia kaizen, czyli małych kroków, mówiąc najprościej. Myślę, że tylko dzięki takiemu podejściu udało mi się wreszcie zrezygnować z cukru. A zatem najpierw zrezygnowałam ze słodyczy i słodzenia, ale jadłam owoce i białe pieczywo (wiadomo, też słodzone – albo też podnoszące poziom cukru we krwi za szybko i na krótko). Teraz, kiedy już naprawdę nie mam ochoty na słodkie, eliminuję białe pieczywo, ale nadal jem owoce – w przerażających ilościach, zwłaszcza banany… Cóż, zawsze lepiej banany niż bułkę albo czekoladę, nie?

Opublikowano kącik (auto)terapii, rozwój osobisty, życie codzienne | Otagowano , , , , | 11 komentarzy

styczeń w podsumowaniu, luty w planach

Ach, jaki piękny był styczeń! Widziany trzeźwo i bez cukrowej ociężałości! Z dzieciem i mężem u boku, z fitnessem i Ewą w zanadrzu. I w butach do biegania! W zdrowiu, szczęściu, pomyślności – z nauką niemieckiego, siemieniem lnianym, fryzjerem i literaturą! Ach, ach, ach!

…zaraz się porzygam.

Oczywiście wszystko powyższe jest prawdą, może poza niemym zachwytem, bo tak naprawdę trochę wkurza mnie to, że listy planów na tamten miesiąc ostatecznie nie zamknęłam. Ale znowu nie mogę narzekać, bo zrobiłam wiele z tego, co zrobić zaplanowałam, plus dużo z tego, czego robić nie planowałam. Więc chyba mogę być zadowolona, nie? Chyba tak. Najbardziej wkurza mnie własne lenistwo, które doprowadziło do tego, że Ewa, jakkolwiek robiona była, nie była robiona 3 razy w tygodniu. Co plus coponiedziałkowy fitness, spacery i plank, dałoby mi z pewnością wymarzony wynik -5 kg na wadze. A tak jest tylko -2 kg i pretensje tylko do siebie. Jeszcze biegać miałam zacząć, ale stchórzyłam, a w zasadzie pogoda mnie wystraszyła i tak zwlekałam, aż się miesiąc skończył. Życie. Miejmy nadzieję, że luty będzie lepszy – biorąc pod uwagę fakt, że styczeń był lepszy od grudnia, jest na to duża szansa.

Za sprawą Agnieszki, o czym już pisałam, wprowadziłam w życie system planowania życia domowego pod kątem sprzątania i jedzenia – głównie obiadów. Wczoraj zaplanowałam w ten sposób tydzień trzeci, robota lekka, łatwa i przyjemna, plus zauważyłam, że lepiej pod tym kątem układa mi się np. listy zakupów, a też robi same zakupy łatwiej jakoś i składniej. Więc to też in plus na styczeń, do kontynuacji w lutym.

I w ogóle, tak mi brakuje (inaczej – szkoda mi tego czasu!) teraz czasu na bieganie po sieci, a tyle mam pomysłów, na notki zwłaszcza, że chyba normalnie wpiszę sobie też to do planu dnia, żeby była rezerwacja terminów i zero pretensji i w ogóle.

Ale do rzeczy. Na luty plany są ambitne, a jakże. Chyba nawet ambitniejsze niż w styczniu, a wszystko za sprawą Briana… Jemy te żaby, a co! ;)

LUTY 2014

  1. Zrzucić 5 kg;
  2. Wydekupażować tacę pod herbatę;
  3. Ograniczyć w stopniu znacznym spożycie białego pieczywa;
  4. Wypróbować przynajmniej 5 z 10 zaznaczonych przepisów z książki kucharskiej dotyczącej kuchni włoskiej;
  5. Wprowadzić w życie system: w tygodniu 3x Ewa (lub inny program, najlepiej Mel B na brzuch), 1x aerobic, spacery z Agatonem w każdy pogodny dzień + wyzwanie 30 days with plank + zacząć biegać;
  6. Zlecić wykonanie półek na bibliotekę + dokończyć rewitalizację łazienki pod kątem dodatków;
  7. Utrzymać stream na duolingo przez cały miesiąc;
  8. Dokończyć szkolenie KSSiP i wybrać kolejne do zrobienia;
  9. Uporządkować i opisać zdjęcia w albumach Agatona i rodzinnych;
  10. Wybrać zdjęcia z chrztu do wywołania;
  11. Uzupełnić konto na LubimyCzytać o wszystkie posiadane książki;
  12. Stworzyć 4 niezależne plany tygodniowe w kategoriach: jedzenie, sprzątanie, czas wolny, projekty i wykonać je co do joty.

 

Tak jak ostatnio, projekty niezrealizowane w styczniu (i grudniu) trafiły ponownie na listę, na samą jej górę właściwie. Daj Boże, żeby to już był ostatni miesiąc ich bytu na tej liście.

Nie wiem do końca skąd to się  bierze, ale czuję w sobie moc! ;) Dam radę, wiem to!

Opublikowano kącik (auto)terapii, rozwój osobisty | Otagowano , , , , , , | 9 komentarzy

im mądrzej, tym głupiej

W domu zimna pizda. Na dworze pizda zimniejsza. A ja siedzę i w głowie mam Gombrowicza. Już od tygodnia prawie, siedzi i wyjść nie może…

…zaczęło się od tego, że rok temu zaczęłam czytać Dziennik. Jakoś właśnie rok temu. Po raz któryś zaczęłam, postanowiłam jednak, że tym razem dokończę. Więc w sumie towarzyszyła mi ta książka przez rok. I teraz, kiedy już skończyłam, żałuję, że nie ma jeszcze kolejnych 900 stron, na rok następny na przykład. Zaznaczyłam na lcz, że arcydzieło i co? I zaraz dostałam od siebie po łapach – chciałby tego? W grobie się nie przewraca? Był wielki, ale subiektywnie, czy obiektywnie? Obiektywnie był inny niż wszyscy, nawet, jeśli nie musiał, to chciał i na siłę, na przekór, na pohybel, zawsze pod wiatr. Po tym tygodniu myślenia o tej książce, o tym człowieku, o tej historii, nie mam w sobie nawet czterech zdań, które mogłabym napisać na pewno. A wszystko przez tą jego przekorę – bo piszę jak gdyby w jego cieniu i już widzę ten uśmiech szyderczy. Jedno co na pewno – książka, historia, on – ponadczasowi. Czytam dzisiaj i wiem, że za 50 lat, będzie  tak samo. A już z tym hasłem obrazującym stan kultury powojennej to na pewno – im mądrzej, tym głupiej. Amen.

***

Wkurza mnie to, nie potrafię się uchronić od tego naszego polskiego bicia czołami o podłogę i kapeluszami z głów, oto bowiem przeczytałam książkę, która mnie z nóg zwaliła. No i co z tego? Dobra była, naprawdę dobra, ale po co zaraz toczyć łzy radości z oczu wielkich jak u Czarodziejki z Księżyca? Wziął  facet i napisał jak jest – a że tego w  dalszym ciągu nikt już nie robi, to się nagle okazało, że arcydzieło. Powinnam być z siebie raczej dumna, że przewidziałam to, kiedy w liceum wsadziłam Ferdydurke na prywatną listę TOP 5 i nigdy jej stamtąd nie zdjęłam. Ma się nosa do wielkich rzeczy… Z drugiej strony wkurza mnie, że podpadam pod to, czym Witoldo gardził – mianowicie pod tych ludzi, którzy w niektórych dziedzinach nic tylko lizneli wiedzy, a myślą, że coś wiedzą. Na szczęście mam w sobie tyle pokory (jakie to niepokorne), żeby się do tego przyznać. I przed orkiestrę nie wyskakuję… za często.

A na oficjalnej stronie – podobno oficjalnej, kto ich tam wie – pod notką bibliograficzną reklama salonu sukien ślubnych. Tu – powaga, kultura, państwo – tam blaga! O, Losie Ironiczny! :P

 

Opublikowano akurat czytane, cytaty | Otagowano , , | 5 komentarzy

zdenerwowałam się

A w zasadzie kardynał Dziwisz mnie zdenerwował. Oglądam Ci ja sobie Teleexpressa, jak co rano, do śniadania, a tu podają, że wydano prywatne zapiski JPII o które prosił, żeby je spalić po śmierci. Beatyfikowany prosił, prawie święty prosił, ale nie! Dziwisz mądrzejszy, przecież się przyda. I nie spalił. Aż się we mnie zagotowało. Od razu uprzedzam, jeśli ja sobie czegoś w testamencie zażyczę, a ktoś będzie mądrzejszy ode mnie, to jak bum cyk cyk, wrócę się z zaświatów i pogadamy. Oczywiście ani do JPII, ani do Dziwisza się nie porównuję, świętą też raczej nie zostanę, chodzi mi tylko o taki zwykły, prosty, ludzki szacunek do prośby czy woli kogoś innego.

Ale nie o tym chciałam w sumie. Podczas częstych dzisiaj nocnych pobudek i karmień (tak, czekamy na zęby, nie, jeszcze nie wyszły), obmyśliłam sobie supernotkę, nawet tytuł miałam. I jak zwykle nic nie pamiętam, a jest dopiero 10.00 rano. Następnym razem po prostu wstanę i zapiszę, najlepiej od razu tutaj. Mam bowiem przeczucie, że warto :P

Neurolog. Cóż, ta wizyta nie przebiegła do końca tak, jak ja to widziałam. Przede wszystkim Agaton tak rzadko wymaga jakiejkolwiek opieki medycznej (dzięki Bogu), że gdyby nie obowiązkowe szczepienia i wizyty kontrolne, pediatra by nas nie oglądała. Więc ja już zapomniałam, jak to jest z dzieckiem u lekarza. I zdziwiłam się, kiedy inne dzieci płakały – czy to w poczekalni, czy już w gabinecie. No ale luz, mały nie panikował, był ciekawy, ale nie przestraszony. Oczywiście do momentu, w którym pan dochtor wziął go w obroty. Tu nagle się okazało, że i moje dziecie nie lubi obcych (albo tylko konkretnych obcych) i poszedł płacz. Na który z kolei ja zareagowałam tak, że o wszystkim zapomniałam i nie powiedziałam połowy rzeczy, które powiedzieć miałam. Do tego Agaton się spiął i nie pokazał nawet 30% tego, co już potrafi. Efekt? Rehabilitacja dwa razy w tygodniu, USG główki i kontrola za dwa miesiące. Po czym wróciliśmy do domu i mały praktycznie sam podciągnął się do siadu… Odebrałam to jako osobistą porażkę – mówię o tej rehabilitacji. A USG mnie zwyczajnie przestraszyło. Rzuciłam się w tabele centyli, wyszło, że jest ok, no więc po co te USG? Nie wiem, bo nie zapytałam, w tym całym zamieszaniu… Na szczęście badanie mamy już jutro, więc już będę coś wiedziała – pewnie to, że jest ok.

Generalnie okazało się, jak krucha jest moja pewność siebie w kwestii „moje zdrowe dziecko”. Przecież wiem i widzę, co już potrafi – a wystarczy, żeby specjalista powiedział, że potrzeba rehabilitacji, ja już jestem podłamana. A ostatecznie to przecież taki fitness dla bobasa! Dwa dni mi zajęło dochodzenie do siebie, tak samo było z cesarką, którą odebrałam jako osobistą porażkę – bo ja nawet nie potrafię urodzić dziecka sama (wiem, że to głupie, wiem) – tak samo każda rzecz, która zdaje się być nie-halo z moim dzieciem, ja to biorę na siebie, jakby to była tylko i wyłącznie moja wina. Ale jaka wina? Przecież wszystko jest ok? I takie mam sobie dwa głosy w głowie i one tam mędzą i mędzą… Dobrze, że mam bloga, mogę to powyrzucać.

Podsumowując, nawet się cieszę, że  będziemy na reha chodzić. Bo raz – może się czegoś nauczę. Bo dwa – Agaton pobędzie między dziećmi, przyzwyczai się trochę do tłumów, też się czegoś nauczy. Bo trzy – ja będę między ludźmi. Będzie powód, żeby o paznokcie zadbać, włosy uczesać i oko podmalować. A nie tak ciągle w tym dresie jak ta nie powiem kto :P Ale co się namyślałam, nadołowałam, namarudziłam, zanim do tych trzech wniosków doszłam, to moje.

Zbliża się koniec drugiego tygodnia bez cukru i miesiąc bez czarnej herbaty. Tak jak myślałam, najgorsze były pierwsze 4 dni. Teraz już nawet mnie nie ciągnie do słodkiego, po prostu nie mam na nie ochoty. Co udowodniłam sobie samej wczoraj, oddając po bohatersku ptasie mleczko Mężowi. Zjadł od razu, pod pretekstem, żeby mnie nie kusić :P W ogóle, wszystko idzie tak ładnie i zgodnie z planem, że aż się prosi, żeby coś się spieprzyło… O, już wiem! Film wczoraj widziałam, „Wilk” z Jackiem Nicholsonem i to była taka strata czasu, że aż strach! A miałam Ewę zrobić, ale Mąż mówi – zobaczmy sobie film – a że dawno nic nie widzieliśmy, to mówię ok. I co? I mogłam zrobić Ewę… Nic,  zrobię dzisiaj.

Opublikowano Agatonowo, kącik (auto)terapii, rozwój osobisty, uroki macierzyństwa, życie codzienne | Otagowano , , , , , , , , | 9 komentarzy

O rzeczach dobrych

…bo złe są niewarte pamięci.

Zainspirowałam się okrutnie na blogu koleżanki Agnieszki jej Tygodniowym Rozkładem Lotów. Taka walka z Chaosem, to mi się podoba i w to mi graj! I do tego jeszcze żywy człowiek się w to bawi i mu się to sprawdza. Nie wierzę, że to może być męczarnia, na pewno nie! Bo ja to w ogóle od zawsze byłam bojownikiem o życie wolne od chaosu – wiem, że trochę tego pierwiastka jest nam potrzebne, ale jednak – i pewnie dlatego tak źle się czułam psychicznie po tym, jak urodził się Agaton – jakoś zupełnie nie mogłam sobie poukładać tego wszystkiego, bo wiadomo, z dzieckiem to nigdy nie wiadomo, jaki będzie dzień. Przynajmniej do pewnego momentu. Więc cierpiałam Chaos po cichu, a on próbował rozwalić mi życie – doszło do stagnacji i prawie totalnego bezruchu, cała uwaga skupiona na maleństwie, które (powiedzmy to głośno) robiło ze mną co chciało, przynajmniej w kwestii karmienia. A ja chciałam ksiażkowo, a książkowo się nie dało. A ja chciałam co trzy godziny, a co trzy godziny się nie dało. I kosztowało mnie to tyle stresu, że aż zaczęłam słodkie jeść, którego nigdy nie jadłam dużo, a w ciąży to już w ogóle. Teraz widzę, że najgorsze już za mną, teraz już wiem, że Chaos nie wygrał, a ja mam szansę na życie we względnym spokoju, czyli z Chaosem prawie-że opanowanym. Skąd to wiem? Bo – po pierwsze – są tacy ludzie jak Aga, którzy pokazują, że można, a po drugie kupiłam buty do biegania, karnet na fitness i przez następne 8 tygodni nic mnie nie zatrzyma! Zwłaszcza, że moi mężczyźni pod moją nieobecność zdają się bawić doskonale! I dobrze, niech się bawią :)

Wczoraj przed fitnessem po raz pierwszy od baaardzo dawna strzeliłam sobie paznokcie na butelkową zieleń. I jest mi z tym dobrze. Zajebiście nawet! Skarpeta się kończy, Gombrowicz się czyta, a ja, zainspirowana, tworzę w papierowej wersji własny prywanty plan i rozkład tygodnia. Kto wie, może i mi się uda? :)

Opublikowano Agatonowo, kącik (auto)terapii, rozwój osobisty, uroki macierzyństwa, życie codzienne | Otagowano , , , | 4 komentarzy